Symbaroum – Samotne Drzewo

 

Podczas jednej sesji rozegraliśmy jednostrzał, ale spodobał się wszystkim na tyle, że po jego zakończeniu podjęliśmy decyzję o graniu dalej.

kadu – Mistrz Gry

koso – Keler VaugTheurg / Privileged Ambrian – nadworny kleryk Priosa, szukam leku na magiczną chorobę, zielarze i medycy zawiedli; jeżeli będzie trzeba to wydobędzie magiczne remedium nawet od wiedźmy; potrzebuje nieustraszonych wojowników do pomocy, którzy pochwycą wiedźmę

Gosia – Ambra van HelsaWitch Hunter / Privileged Ambriandalsza krewna Królowej, gdy członek jej rodu zachorował na nieznaną chorobę, nad która królewscy medycy rozkładali ręce, poszukiwała ratunku u jednej z wiedźm, a ta nie tylko nie pomogła, ale pogorszyła stan chorej… od tego momentu Ambra odławia czarownice

Sting – BeremoDuelist / Ambrianostrze do wynajęcia, twardy człowiek pogranicza, jednooki, o mocno okaleczonej twarzy, małomówny

Guk – GrottoSalesword / Goblin – uczeń Beremo, gobliński miecz do wynajęcia, wiem gdzie mieszka pewna wredna wiedźma, za drobną opłatą może do niej zaprowadzić, a nawet pomóc w jej zaszlachtowaniu

 

Nazywam się Keler Vaug, pochodzę z Mervidun i jestem Theurgiem w służbie Priosa, wiernym poddanym królowej Matki Abesiny. Lepiej dla księstwa Mervidun, by matrona rządziła jak najdłużej, gdyż to Królowa Matka, matka samej królowej Korinthi. To za pośrednictwem Abesiny spływa blask naszej wspaniałej królowej Korinthi na tę krainę. Jednak Abesina jest już sędziwa,  i schorowana. Cały dwór stara się utrzymywać ją przy zdrowiu. Ja opuszczam dwór i udaję się na wyprawę, by znaleźć inny sposób. Sposób zapomniany i obcy. Sposób barbarzyńców. Nawet jeżeli barbarzyńskie klany zostały pokonane lub zasymilowane, to ich pradawne sekrety muszą być jeszcze gdzieś ukryte. A ja zamierzam je odnaleźć i dostarczyć królowej Abesinie. Inaczej to gwałtowny i cwany księże Sesario przejmie pełnie władzy w Mervidun.

Podróżuje ze mną Ambra van Helsa, łuczniczka i łowczyni czarowników. Jej ród Saviola padł ofiara zdrady, zostali wytruci przez straszliwą chorobę. Mamy więc wspólny cel w znalezieniu lekarstwa, choć obawiam się, że ona zechce wiedźmę zabić, zamiast wydobyć od niej wiedzę.

Zawsze trochę z tyłu, zawsze trochę z boku i zawsze w półcieniu lub całkiem w cieniu, jest z nami najemnik Beremo, o niezwykle odrażającej aparycji. Do tej pory włóczył się za pracą wraz ze swym uczniem, goblinem Grotto, o odrażającym pochodzeniu. Jednak w tak delikatnej misji jak nasza,tego typu jegomoście mogą lepiej wtopić się w dzikie rainy i pośród dzikusów, niż gdyby mieliby ochraniać nas Templariusze.

Miałem ochotę zapytać Beremo czemu nie chce ukrywać swej szkaradnej twarzy pod maską, co nie jest przecież żadną ujmą, sama królowa Korinthia nosi maskę. Z Grotto czeka mnie zaś wiele bardziej praktycznych tematów do rozmowy, jego współplemieńcy wznosili miasto Mergile, karczowali lasy, zadawali się z niedobitkami barbarzyńców, słyszeli dokąd uciekła wiedźma. Jeżeli ktoś może mnie do niej zaprowadzić, to właśnie Grotto.

Wędrujemy na północ, w kierunku miasta Ravenia i pytamy po drodze o ślady czarnej magii. Zmierzamy ku rozdrożom. Okolica to niemal same pola i równiny. Jest tu biednie, jeszcze wiele pracy przed nami, by wznieść tu podwaliny cywilizacji. Żebrzący dzieciak to dowód na to jak jeszcze wiele tu przed nami do zrobienia.

Żal, że nie możemy spływać teraz barką rzeczną, po szlaku handlowym, obserwować rycerzy, podróżnych, kupców, tych co budują dobrobyt i wznoszą cywilizację. Pływają tu przecież wyładowane towarami barki, transportujące drewno, ale i kruszce wydobywane w krasnoludzkim mieście Küam Zamok. Moglibyśmy teraz płynąć rzeką Noora, przebyć chociaż część drogi z Mergile i wysiąść gdzieś w połowie, pozostawiając ją dalej samą, biegnącą aż do samej stolicy, do wspaniałego Yndaros. Niestety, nasza misja wymaga poświęceń. Niczym pokutnicy, drogę naszą przebywamy pieszo.

Docieramy do rozdroży. Nie umiemy czytać, nie wiemy co mówią tabliczki. Poznaje jedynie po znakach, że drogowskaz wskazuje wspaniałe Yndros na zachód i ukochane Mergile na południe.

Zaczepia nas swym krzykiem i jojczeniem jakaś stara kobieta o imieniu Elda. Nie wiedzieć czemu prowadzi nas pod samotne drzewo, ale nazywa je świętym, a to wystarczający powód, by mu się przyjrzeć. Bo nigdy nie wiesz co lud ma na myśli nazywając rzeczy świętymi i czy nie miesza się w zabobon lub coś gorszego.

Za rozdrożem swoi wielkie drzewo, jakby nie chcąc przyznać, że rosnąca tu niegdyś puszcza została dawno wykarczowana, a jej miejsce zajęły ciągnące się pola uprawne. Roślina jest sama, ale za to ogromna. W jej koronie żyje samotny pustelnik, eremita, kapłan Priosa.

Pod drzewem zebrało się już sporo pielgrzymów. Czekają na zachód słońca, gdyż wtedy ukaże się eremita i objawi swe przepowiednie. Lecz stanie się dopiero po zmroku, gdyż za dnia eremita w pełni korzysta z blasku słońca, chcąc być jak najbliżej niego i uchwycić nawet ostatni jego promyk. Starzec każdego dnia włazi na sam czubek i wygrzewa się w słońcu. Prawdziwie oddany i pokorny sługa Priosa, jakim ja nigdy nie będę.

Wyróżnia się tu wóz wędrownej handlarki Jutty, która przy tej okazji chce zarobić sprzedając pielgrzymom mniej lub bardziej uzdrawiające wywary z ziół, dekokty, oleje i balsamy. Szybko okazuje się, że Elda miała interes w tym, by nas tu przyprowadzić. Stara kobieta chce, abyśmy to my zwrócili Juttcie eliksir, która ona jej ukradła. Goblin Grotto przekonuje Eldę, by sama go zwróciła i tak też czyni.

Mam rozsądzić winę złodziejki. Pytam jej, czy prosi Priosa o wybaczenie. Ona tak gorliwie błaga, że nie słyszę jej mamrotania. Wykazuje skruchę, otrzymuje więc pokutę – strzec będzie tego świętego drzewa przez tydzień. Z wyroku niezadowoleni są synalkowie Jutty, którzy by złodziejkę najchętniej psem poszczuli.

Jest jedna perła pośród tego ludu. Jedno światło mocniej bijące. To Pere, pomocnik Eremity. Pere kiedyś zastąpi eremitę na drzewie, i wtedy to on będzie okiem patrzącym na całą okolicę, trzymającym pieczę nad ludźmi żyjącymi w tej małej krainie.

Proponuję mu przyłączenie się do naszej drużyny, by nabrał doświadczenia i poznał świat, nim zostanie następcą eremity i spędzi resztę życia w samotni. Przydałby się ktoś tak oddany i lojalny swym obowiązkom, tak pokornie przyjmujący pisane mu przeznaczenie. Pere odmawia! Chłopak nie wyobraża sobie życia poza swą wioskę, w której się urodził, którą zna i obok której stoi jego przeznaczenie. On wybrał życie ascety i nawet zaszczytna propozycja zostania uczniem Theurga tego nie zmieni. Musiałoby się wydarzyć coś wyjątkowego, by chciał ruszyć w świat u mego boku.

Tymczasem okoliczny myśliwy spija się i ma ochotę złamać zakaz, podejść pod drzewo i skalać je swoją obecnością. Ale przecież nie wolno nikomu wspiąć się na święte drzewo. Zirytuje to eremitę i ten nie przepowie pogody. Z góry eremita widzi wszystko, zwłaszcza niegodne zachowanie.

Ambra van Helsa zawiera znajomość z jednym z synów handlarki. Kupuje od niego towar spod lady, specjalny lek, który jego matka, handlarka Jutta chciała sprzedać dworzanom Królowej Matki. Lek ten nie dotrze jednak nigdy do Mergile i królowej Abesiny. Ambra opróżnia sakiewkę i wykosztowuje się na cudowne remedium. Co więcej, płaci chłopakowi jednego talara więcej, jednego talara ponad ustaloną cenę, doceniając to, że chłopak właśnie jej zaoferował to cudo przeznaczone królowej.

Beremo zwraca uwagę na niespokojne i dziwne zachowanie Eldy, tej złodziejki co ją osądziłem. Stara kobieta raz pojawia się, raz znika, a to chowa się za kamieniem, a to szepcze coś do siebie. Wierci się i spokoju zaznać nie może. Jakby na coś czekała. Wymienia też spojrzenia z tajemniczym podróżnym.

Grotto, obdarzony zmysłami wyczulonymi na dziwactwa i czarną magię, wyczuwa coś niepokojącego. Ten eliksir, który skradła handlarce Juttcie starowinka Elda, przemienił się, zmienił swą konsystencję. To nie powinno się wydarzyć. Sprytny goblin namawia Juttę, by odkorkowała i sprawdziła ukardziony eliksir, bo może Elda oszukała ją po rz kolejny i wcale nie zwróciła tamtego ukradzionego eliksiru tylko podmieniła go na jakiś inny?

Z otwartej fiolki przyniesionej przez Eldę wydobywa się charakterystyczny zapach. Zapach, który ożywa nieprzyjemne wspomnienie Beremo. „Strzeż się tego, zapamiętaj ten zapach na zawsze, roznosi chorobę, wykręca ciała, zmienia je nie do poznania, młodzi stają się starzy i brzydcy i nikt nie jest w stanie im pomóc”. Beremo pamięta ten zapach i pamięta tamto ostrzeżenie. Czemu ta starucha przyniosła tu takie świństwo? Co więcej, wykorzystała ich, by podsunęli je Juttcie!

Beramo zwołuje nas, by nam o tym powiedzieć. Podejmujemy wspólną decyzję, że babkę Eldę trzeba odnaleźć i wziąć na spytki. Tyle, że babka zniknęła jak kamfora. Pozostaje więc wypytać tajemniczego podróżnika, który wymieniał z babką spojrzenia.

Radomaramei – tak się przedstawia tajemniczy podróżnik. Opowiadam mu o parszywej substancji, jaką Elda tu przyniosła. Proszę go, by podzielił się z nami swą mądrością. Widać, że z niejednego pieca jadł, wiele zaznał świata i wie być może nawet więcej od nas. Dlatego od razu czynię mu też śmiałą propozycję, by przystał do naszej ważnej wyprawy i pomógł znaleźć remedium dla Królowej Matki, matrony Abesiny.

Za to Ambra van Helsa coś przeczuwa, ona nie jest tak ufna wobec Radomarameia. Chce wydobyć od niego zeznanie. Chce, by się przyznał lub wydał winnych. Ten jak sparzony odsuwa się od jej świętego znaku. Zasłania przed nim wzrok. I zaraz po tym wysuwa cwaną propozycję. – Sama wpierw się przede mną wyspowiadaj, łowczyni czarownic, pokaż mi swój święty symbol, daj mi go – naciska Radomaramei. Ambra nie zamierza poddawać się próbie, jaką sama wyznaczyła Radomarameiowi. Nie zamierza kalać świętości symbolu dotykiem obcego.

Zostaję przy nim ja, gdyż do mnie zyskał sympatię, choć spogląda krzywo na znak Priosa. Pytam go o tę truciznę roznoszącą choroby. Kto chciał ją tu rozsiać?

– Dawne uroczysko przyciąga różne istoty. Bestia wchłania siły życiowe tych, których ukąsi. Gdyby ukąsiła zatrutego… – odpowiada tajemniczo.

Radomaramei nie chce wyjawić co by się stało, gdyby owa bestia wessała truciznę ze swej ofiary – czy padłaby od choroby czy może stałaby się jej nosicielem i roznosiła ją dalej?

Elda zniknęła na dobre, nie udaje się jej odnaleźć.

Czas rozpocząć Rytuał Pożegnania Słońca! To zwyczaj ustanowiony przez eremitę. Jeżeli asceta będzie niezadowolony, usłyszymy tylko jego kaszel i żadnej przepowiedni. Jeżeli zaś spodoba mu się rytuał na jego cześć, ukaże się nam i zaklaska, po czym przepowie komuś przyszłość albo pogodę na nadchodzące dni.

Rytuał za każdym razem może być inny i powinien go przeprowadzić pielgrzym, który znalazł się tu po raz pierwszy. Na ochotnika zgłasza się Grotto i dokonuje wyczynu, o który nikt by go nie posądzał. Niepozorny niski i drobny goblin napina swe twarde jak postronki mięśnie i podnosi gigantyczny głaz leżący u stóp drzewa. Wszyscy klaszczą, wszyscy poza eremitą. Dlaczego pustelnik nie wychodzi do ludu? Nie spodobał mu się ten piękny występ? Jeżeli tak, to czemuż nie zakasła głęboko, dosadnie lub chociaż cicho i krótko, dając oznakę pogardy lub lekceważenia?

– O eremito, który widzisz ostatnie promienie słońca powiedz nam jak oceniasz ten wyczyn czy jesteśmy godni? – wykrzykuje uczeń Pere, coraz bardziej zdenerwowany i zaniepokojony. Coś ewidentnie jest tu nie tak!

Goblin Grotto to największy śmiałek ze wszystkich i postanawia sam jeden wejść na drzewo sprawdzić co się dzieje… I jak nie spadnie zaraz w dół! Szybko podbiegam do niego sprawdzić czy nic mu się nie stało, nakładając na wszelki wypadek ręce i wymawiając modlitwę za niego.

Tymczasem w innej części polany Beremo odnajduje wreszcie starą Eldę. Kobieta rozmawia z trójką podejrzanie wyglądających typków, pewnie barbarzyńców.

– Pokażemy do kogo należy to drzewo! – syczy któryś. – Zrobiłaś co miałaś zrobić?

– Nie, nie, ja próbowałam zatruć, ale jest tam kapłan Priosa… – staruszka tłumaczy się.

– Tym lepiej – mówi jeden z nich.

Beremo dostrzega, że ci barbarzyńcy są splugawieni czarną magią – używali jej albo brali udział w rytuałach. Jeden z nich ma nogi w drugą stronę, żabie stawy. Skóra innego jest cała pokrywa w czarne wzory, jakby namaszczona niekończącym się tatuażem. Kolejny ma kły zamiast zębów… Cała trójka odszczepieńców wpada pomiędzy pielgrzymów siejąc popłoch. Te bestie tylko z pozoru wyglądające na ludzi zabijają Bogu ducha winnego, młodziutkiego rycerzyka.

Zaś z góry, z drzewa słychać okrzyki:

– Ja wam pokaże pożegnanie słońca!

Grotto i Ambra van Helsa wskakują na drzewo. A na nim też te potwory! Z góry z korony drzewa próbuje ostrzelać ich chudy karłowaty kusznik o zdrewniałej skórze. Drugi, trędowaty odmieniec, z naturalnym pancerzem zamiast skóry, ze skrzydłami wyrastającymi z pleców, wymachuje pochodnią i podpala święte drzewo! Eremity zaś nigdzie nie widać!

Ja zostaję pod drzewem i razem z Beremo bronimy pielgrzymów. Tamci wpierw biorą Beremo za swojego, nic dziwnego zważywszy na jego parszywą gębę. Tym lepiej dla nas, zdziwią się, gdy Beremo wyciągnie swoje podwójne ostrza przeciw nim!

Niech będzie błogosławione światło Priosa! Jak ono pali! Jak ono pali i karci niemiłosiernie tych, którzy z mroku przybyli i do mroku się przyznają. Biada splugawionym, biada nikczemnikom. Święty ogień Priosa parzy ich ciała i pali ich od środka. Padają jeden i drugi, a tylko trzeci ratuje się ucieczką. Niech ucieka, niech opowie swoim jak światłość zwyciężyła mrok.

Zmartwiło mnie to co wykrzykiwali paleni światłem zwyrodnialcy. „Radoramarei ratuj nas, gdyż zginiemy”. Ach, muszę wierzyć intuicji van Helsy. Miała rację co to tego „mędrca”. Czuję, że nasze drogi się jeszcze skrzyżują.

Naa drzewie walka idzie wcale nie zgorzej. Van Helsa i Grotto odstraszają mutantów. Skrzydlaty herszt splugawionych, podpalacz świętego drzewa, uciekając syczy do goblina Grotto:

– Jam jest błogosławiony przez bor ciemny. Będę tam na ciebie czekał!

Gaszą pożar. Ratują drzewo przed ogniem. Silnoręki Grotto odcina płonącą gałąź. Odnajduje też eremitę związanego i zakneblowanego w jego nadrzewnej chatynce. Uwalnia go.

Eremita mówi, że drzewo jest chore, a on nie jest w stanie go uleczyć. Grotto przygląda się drzewu. Chce sprawdzić czy rzeczywiście nie ma dla niego ratunku.

Wewnątrz drzewa jest ciemniej niż mogłoby się wydawać. Z zewnątrz to drzewo wygląda na zdrowe, piękne, rosnące. Lecz w swym wnętrzu jest całkowicie splugawione, wygnite, zarobaczone, zepsute. To stara rana, drzewo umiera od bardzo dawna. Choć ocalili je od pożaru, nie da się go ocalić przed chorobą. Uratowaliśmy drzewo przed pożarem tylko po to by je spalić.

I każdy kto dłużej przebywa w środku musi zmierzyć z tym, że drzewo oddziałuje na niego. Kto dłużej na nim przebywa tym więcej otrzymuje splugawienia. Goblin wejrzał w drzewo, a ono wejrzało w niego.

Grotto dotyka je swą ręką i  ono nagle ożywa. Na dłoni goblina pozostaje ślad. Ślad splugawienia. Jego dłoń staje się zdrewniała, okryta nieludzką powłoką. Ten stygmat pozostanie już z nim na zawsze. Czy nie powinien sobie chorej odjąć ręki?

Van Helsa podaje goblinowi dopiero co zakupiony od syna handlarki magiczny specyfik. Sprzedawca zapewniał o jego niesamowitych właściwościach. Skoro miał uleczyć samą Królową Matkę, to tym bardziej da sobie radę z uleczeniem goblina. Van Helsa nie czeka, aż splugawienie będzie postępowało. Po prostu wlewa specyfik prosto do gardła goblina.

Czy ten eliksir zakupiony za grube talar i jeden dodatkowy ma moc dobrą czy złą? Goblin czuje, jak moc pali go od środka. Czuje, jak ciemność w nim rozrasta się, rozpełga na każdy fragment jego ciała. Jednocześnie odzyskuje pełnie zdrowia, czuje się silniejszy. I również ta czerń w nim jest silniejsza i silniejsza. Rozrasta się, by go całkiem pochłonąć!

To nowe goblińskie wynaturzenie, które zabrało nam Grotta rzuca się na van Helsę! Jej strzały nie są w stanie go skrzywdzić. Ale on również sam nie pokona wszystkich. Potwór ucieka, ucieka w ciemny bór. Grotto na naszych oczach całkiem zmienia się w monstrum. I to coś słyszy teraz w swej głowie śmiech tamtego skrzydlatego potwora, który odleciał. Tamten zostawił zarzewie, które teraz przejęło goblina!

– To drzewo nigdy nie należało do was! – woła potwór spoglądając na nas po raz ostatni.

Mknie do lasu, za tamtymi, którzy uciekli.

– Czekajcie towarzysze – abominacja woła już za nowymi „przyjaciółmi”.

Dogania swych nowych braci. Jest teraz jednym z nich. Jednym z boru.

– Mówiłeś, że będziesz na mnie czekać w lesie – mówi do Skrzydlatego. – Ale nie sądziłeś, że przyjdę do ciebie tak szybko…

– Rozpoczęła się twa przemiana, stajesz się coraz potężniejszy – odpowiada mu herszt mutantów. – Musisz chronić wiedźmę. Bo jak się zbliży Ten, Co Parzy Słońcem, to będzie jej koniec.

Eremita również jest stracony. Stracony jak goblin i stracony jak każdy, kto zetknął się z drzewem, gdyż i one jest stracone. On tak samo umiera jak drzewo.

– Spalcie to drzewo – błaga w swych ostatnich słowach. – Próbowałem je uratować, ale nie da się uratować czegoś, co ma tak mało życia. Coś przezwyciężyło moją moc, jakieś rytuały silniejsze ode mnie.

Eremita wydaje ostatni dech. Chowamy go wedle obrządku. Obok płonie niegdyś święte drzewo.

Zbierają się pod płonącym drzewem ludzie z pobliskiej wioski. Nie mogą uwierzyć, że ich świętość płonie. Oskarżają starą kobietę. Chcą spalić Embrę wraz z drzewem. Beremo nie pozwala na to. Zastawia im drogę. Ja próbuję przemówić wieśniakom do rozumu. Przecież lincz i samosąd to również zbrodnia. To sędziowie i prawo powinno rozstrzygać.

Jednak w tym ludzie wciąż są silne korzenie barbarzyńskie. Oni nie znają jeszcze wszystkich zdobyczy cywilizacji. Zaślepiony ciemny lud nie boi się nawet słów kapłana Priosa. Beremo krzyczy do nas, byśmy zabrali Embrę i uciekali z nią, a on zatrzyma motłoch Tłuszcza rzuca się na niego. Obejmuje go niczym wielogłowy, wieloręki, wielotułowiowy i wielonogi potwór. To teraz też bestie, to już nie ludzie. Nie żal mi ich, oni zatracili człowieczeństwo.

Beremo czyni z tej potwornej zbitej masy ludzkich głów i członków krwawą miazgę. Krew leje się na lewo i prawo, ale to nie krew Beremo. Z kłębowiska oderwanych członków i krwi wyłania się z niej on jeden, on sam, na skraju życia i śmierci. Jego twarz wygląda teraz wyjątkowo srogo, jeszcze bardziej złowieszczo. Rzeźnik z Thun.

Lecz prawdziwe zagrożenie dopiero przed nami. Beremo do tej pory uczył walki goblina Grotto. Teraz będzie musiał walczyć przeciwko niemu, przemienionemu w monstrum, a do tego dysponującego potężną trucizną.

3 comments

  1. Poznaję pomysł scenariusza z jakiegoś posta Kadu (chyba do WFRP). Chyba pasuje nawet lepiej do Symbaroum.
    Pytanie do MG: czy dramatyczny efekt eliksiru na goblina był do przewidzenia dla graczy?

Odpowiedz na marcinkwi Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.